środa, 16 maja 2018

Od Lary do Davida

Obudziłam się jeszcze przed porannym koncertem ptaków. Słońce nawet nie zdążyło wzejść nad horyzont. Zaraz po przebudzeniu wzięłam szybki, zimny prysznic, zostawiając ciepłą wodę dla rodzeństwa. Spięłam mokre włosy w niedbały kok i poszłam do kuchni zrobić śniadanie.

Dopóki tata nie wyjechał na wojnę - żyliśmy w luksusach. W końcu pensja niemieckiego oficera to nie byle co. Kiedy jednak otrzymał rozkaz walki na froncie - czar prysł, a piękna bajka zakończyła się i to wcale nie happy endem. Przez pierwsze miesiące przesyłał nam pieniądze, które pozwalały na życie w odpowiednim standardzie. Nic się nie zmieniło, tylko tak jakoś bardziej pusto było w sercu. Po pewnym czasie przestały jednak dochodzić listy, które pisał co tydzień. W kopercie była również odpowiednia suma. Za każdym razem przychodziły one w niedzielę po południu. Pewnego dnia listonosz jednak się nie pojawił i już wiedzieliśmy, że coś musiało się stać. Nikt jednak nie potrafił odpowiedzieć na moje pytania, a wszelki słuch po ojcu zaginął. Prawdę powiedziawszy; do teraz żyję nadzieją, że być może nic mu nie jest, tylko musiał na pewien czas zniknąć i kiedy cały ten wojenny koszmar się skończy, wróci do domu cały i zdrowy. Zostaliśmy zupełnie na lodzie. Bez środków do życia i jakiegokolwiek wsparcia. Cała rodzina odwróciła się od nas plecami przez błędy przeszłości i fakt, że tata zdążył praktycznie każdemu zaleźć za skórę. Nie należał do łatwych osób, z którymi można było bez problemu nawiązać kontakt. Zawsze był szczery do bólu, a poza tym uwielbiał się awanturować. Za każdym razem znalazł się jakiś pretekst do kłótni. Bez jakichkolwiek zahamowań mówił, co myśli o innych, przez co nie miał zbyt wielu przyjaciół. A właściwie nie miał żadnych. Aż dziwne, że znalazł sobie żonę. Idealnie nadawał się do wojska - zdyscypilowany samiec alfa, to cały on. Nigdy jednak nie przenosił pracy do domu. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek mówił o swoich osiągnięciach w wojsku, mimo iż były one naprawdę imponujące. Za wszelką cenę chciał nas od tego uchronić. Zupełnie tego nie rozumiałam. Przecież to tylko polityka.

Po chwili na talerzu był już ułożony stos kanapek z serem, szynką i warzywami. Nie pozwalałam rodzeństwu samemu rządzić się w kuchni, gdyż za każdym razem kończyło się to katastrofą. Przygryzając kanapkę, sprzątałam mieszkanie. Karl był strasznym bałaganiarzem i mimo moich próśb zawsze pozostawiał po sobie straszny burdel. Ruth i Sarah miały niespełna trzy latka, więc wszystkie obowiązki spadły na mnie. Zanim wyszłam do pracy, wypiłam jeszcze szklankę zielonej herbaty. Dzisiaj wyjątkowo zaczynałam pracę z rana, gdyż Karl nie szedł do szkoły i mógł zaopiekować się bliźniaczkami.

Zajmowałam się starszymi osobami. Sprzątałam ich mieszkania, chodziłam na zakupy, robiłam posiłki, zabierałam na spacery i spędzałam z nimi czas. Uwielbiałam swoją pracę. I nawet nie miały znaczenia zarobki.  Teoretycznie nie płacili mi wcale mało, ale w praktyce pieniędzy nie wystarczało, aby utrzymać całą rodzinę. Najgorszy był czynsz za mieszkanie, a przeprowadzka nawet nie wchodziła w grę. Zbyt dużo z tym pracy i czasu, którego nie mam.
Dzisiaj chciałam zacząć wcześniej, aby po południu zabrać rodzeństwo na plażę. Chociaż tyle rozrywki mogłam im zapewnić. Na początku odwiedziłam panią Lorenz. Była ona rannym ptaszkiem, więc z pewnością nie zakłócę jej odpoczynku. Nie myliłam się. Siedemdziesięciolatka właśnie karmiła swoje kanarki.

- Dzień doby. - przywitałam się z uśmiechem na ustach.

- Witaj, Laro. Co dzisiaj tak wcześnie?

- Chcę wrócić prędzej do domu i poświęcić czas rodzeństwu.

- To bardzo pięknie z twojej strony. Musisz kiedyś ich do mnie przeprowadzić.

- Na pewno bardzo się ucieszą.  - uśmiechnęłam się, zabierając za sprzątanie.

Dalej poszłam do pana Hoffmeyera, który jeździ na wózku. W czasie II Wojny Światowej stracił obydwie nogi. U niego zwykle spędzałam najwięcej czasu, gdyż uwielbiałam słuchać jego wojennych opowieści.

Później był pan Bittrich. Cóż, tutaj z kolei spędzałam najmniej czasu. Był to stary zbereźnik, który zatrudnił mnie chyba tylko po to, żeby móc popatrzeć sobie na mój zgrabny tyłek. Niby przypadkowe obmacywanie i sprośne komenatrze w moją stronę jestem jeszcze w stanie znieść. Poza tym płaci najwięcej ze wszystkich, a pieniądze dla mnie są na wagę złota. Ale kiedy przekroczy dozwoloną granicę, która i tak została porządnie przesunięta, wtedy rzucę tę robotę w cholerę. Przecież mu dupy nie dam.

Następna była pani von Gottberg, która do dzisiaj nie potrafi poradzić sobie ze śmiercią męża. Johannes, jej mąż, zmarł na nowotwór żołądka jedenaście lat temu. A mimo to codziennie chodzę z tą panią na cmentarz, aby mogła położyć na grobie świeże kwiaty, zapalić znicz i porozmawiać ze swoim ukochanym. Chciałabym kiedyś znaleźć taką miłość,  której nawet śmierć nie złamie.

Później willa pana Wagnera. Był to człowiek owiany tajemnicą. Posiadał niesamowity rodowód, sięgający nawet kilkunastu pokoleń. A mimo to był samotny. Raz odważyłam się spytać, gdzie jest jego rodzina. Szybko jednak tego pożałowałam. Odpowiedział bowiem coś, od czego zmroziła mi się krew w żyłach. Oni są tutaj, nie widzisz ich? Rzeczywiście, w tym domu dzieją się dziwne rzeczy. Przedmioty przewracają się same z siebie, a kiedy schodzi się do piwnicy, słychać dziwne jęczenie. A ja panicznie boję się duchów i nie mam bladego pojęcia, ile jeszcze wytrzymam w tym domu. Już nawet wolę te klepanie po tyłku pana Bittricha.

Była to ostatnia osoba na liście. Po drodze zrobiłam jeszcze zakupy. W koszyku znalazły się tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Karl chciał nowe korki, więc musiałam oszczędzać. Czasem miałam ochotę udusić swojego brata. Nie pogodził się z tym, że jesteśmy teraz biedni i nie mogę spełniać każdej jego zachcianki. Na buty się zgodziłam, ponieważ wiem, jak ważna jest dla niego piłka nożna.

Ledwie zdążyłam wejść do mieszkania, a już przywitały mnie siostry. Wzięłam je obie na ręce, całując w czółko.

- A gdzie Karl?

- Posedł z kolegami grac w pilke. - mała jeszcze trochę sepleniła, co było bardzo urocze.

- Ja go chyba zabiję. Czy on musi być takim dupkiem? - warknęłam poirytowana.

- Kto to dupek? - spytała zaciekawiona siostra. Zawsze zapominałam, żeby przy dzieciach nie przeklinać.

- To osoba, która myśli jedynie o sobie. - powiedziałam zakłopotana. - Pójdziemy go poszukać, dobrze? Tylko najpierw się spakujemy, mam dla was niespodziankę.

Dziewczynki pokiwały ochoczo głową, uśmiechając się od ucha do ucha. W tym momencie miałam stuprocentową pewność, że zrobiłabym wszystko, byleby tylko widzieć ten uśmiech na ich pyzatych twarzach.

Chyba zdażyłyśmy odwiedzić każde boisko w tym mieście. Nigdzie go nie było. Jak tylko go znajdę, rozszarpię na strzępy, przysięgam.

- To idziemy na tę plazę? - spytała zniecierpliwiona Sarah.

- Najpierw musimy znaleźć Karla.

- Po co? Chocmy bez niego.

Zaśmiałam się pod nosem. Był to naprawdę genialny pomysł. Cóż, mógł nie szlajać się po mieście, jego strata. Zabrałam więc siostry i poszłyśmy nad morze. Okazało się jednak, że na plaży było zupełnie pusto. Tylko sami mężczyźni w wojskowych mundurach.

- A panienka dokąd? - drogę zagrodził mi wysoki żołnierz o zabójczych, błękitnych oczach.

- Na plażę. - odparłam lekko zmieszana.

- Pani życie nie miłe, czy jak? Cała plaża została ewakuowana. Proszę się stąd szybko zabierać, jeśli Pani nie chce, żeby coś stało się dzieciom.

- Ale jak to?

Spojrzał na mnie jak na jakąś wariatkę.

- Wojna jest. Amerykanie postanowili wziąć odwet i nas zaatakować.

Oczywiście, że wiedziałam o wojnie. Nie myślałam jednak, że dojdzie ona do naszego małego miasteczka. Wzięłam Ruth na ręce, a Sarah człapała zaraz za mną. Powinnam iść szukać Karla, ale nie mogę zostawić dziewczynek. Jasna cholera! Zupełnie nie wiedziałam, co mam zrobić.

- Dokąd idziemy?

- Widzisz ten hotel? - wskazałam budynek na przeciwko. - Tam się schowamy.

- Dlacego nie w domu?

- Jest za daleko. Mogą w każdej chwili zacząć bombardować z nieba.

Szybko przedostałyśmy się do budynku. Wewnątrz nie było ani jednej żywej duszy. Musimy zejść jak najniżej. Być może dzięki temu uda nam się uniknąć rakiet pędzących z nieba. Ale co z tego, skoro może i tak zawalić się na nas budynek? Czułam się jakbym znalazła się między Sycylią a Charybdą. Koniec końców zeszłyśmy jednak do piwnicy. Kiedy znalazłyśmy się na dole, wszelkie odgłosy strzałów ucichły. Jakbyśmy znalazły się w schronie. Mimo to dziewczynki głośno płakały, śmiertelnie przerażone. Ja natomiast nie odczuwałam strachu, tylko determinację. Żeby nie dać się zabić i przeżyć. Starałam się uspokoić siostry, ale one dalej wrzeszczały w niebogłosy. Boże, jeszcze nas ktoś usłyszy. - pomyślałam zatrwożona. I chyba wywołałam wilka z lasu, gdyż już po chwili drzwi szeroko się otworzyły, a do piwnicy weszli dwaj mężczyźni w nieznanych mi mundurach. Jeden był ranny, a ten drugi mu pomagał. Schowałam siostry za plecami, uważnie mierząc ich wzrokiem. Chyba byli równie zaskoczeni tym spotkaniem, co ja.

David?

Od Davida

Okrutna hitlerowska machina wojenna spadła na Europę Zachodnią. Rzucona na kolana wojną błyskawiczną, znalazła się na krawędzi zagłady. W tę najczarniejszą godzinę musimy zebrać nasze siły i dać odpór ciemiężycielom. Walka z nazizmem będzie ciężką próbą, lecz z naszymi sojusznikami wyjdziemy z niej zwycięsko.
- Dziś zmuszono nas do podjęcia nadludzkich wysiłków. Oto bitwa, w której ocalimy naszą cywilizację i uwolnimy ludzkość od męki. Nasi synowie. Duma naszego narodu. Siła i męstwo, niech będzie im dane. Okrucieństwa wojny wstrząsną sercami narodów świata. Będziemy musieli poświęcić tak wiele, lecz zwyciężymy. - takim zdaniem zakończył swoje przemówienie dowódca plutonu, podczas gdy płynęliśmy na okupowaną plażę.
Naszym pierwszym celem było zdobycie plaży, wyczyszczenie bunkrów z Niemców i przejęcie dwóch czołgów, które się tam znajdują. Nawet nie wiem jak ta plaża się nazywa... mamy odbić Francję z rąk nazistów. 
* * *
- Więc mówi że chce mój zegarek, a ja myślę: Na co mu, kurwa, mój zegarek, przecież to kapitan drużyny futbolowej. Odwracam się i czuję cios. Zimny jak lód. - opowiadał Zussman, bawiąc się swoim nożem.
Większość moich kumpli ze szkolenia jest ze mną w plutonie. Wszyscy mają pietra, ale nikt tego nie okazuje. Na początku nie znosiłem Zussmana, ale teraz to chyba mój najlepszy kumpel. Ciągle szuka tarapatów. Gdyby nie to, że wojna już trwa, próbowałby rozpętać swoją.
Mężczyzna podał nóż siedzącemu obok niego Stiles'owi.
- Poza tym, potrzebuję palców aby zrobić zdjęcie roku. - odsunął się od niego delikatnie.
Stiles chce po wojnie zostać fotografem. Jest trochę podobny do Clarka Kenta, ale kiedy zdejmie okulary, to zmienia się w krótkowidza. Aiello to weteran, choć moja mama nazwałaby go nieco prostackim. 
- Aa. - zaczął Ail. - Podnieśmy nieco stawkę. - ściągnął z szyi swój wisiorek i trzymając go w dłoni, zawisł nad stołem. - Święty Michał, patron żołnierzy. Dba o mnie od czasu Kasserine. - rzucił go na stół. - Zussman, 3 razy w ciągu 10 sekund i jest twój. - uśmiechnął się do niego zaczepnie.
- No nie wiem. - lekko rozłożył ręce.
- Och, zawsze możesz spękać. - skrzyżował ręce na piersi z uśmiechem.
- Stawiam na Zussmana. - stwierdziłem podając przyjacielowi nóż.
Ten spojrzał na mnie, na chwilę wbił wzrok w stół jednak w końcu wziął ode mnie przyrząd.
- Ok, wchodzę. - skinął głową.
- Nie patrzę... - mruknął Stiles.
- Licz po prostu czas. - rzucił do niego wywracając oczami. - Wracając do tematu, z kumplami wbiliśmy się na partyjkę pokera, urządzoną przez futbolistów. Znajomi pokazywali mi na migi, jakie karty mają inni. Trzeba było zobaczyć minę tego frajera, kiedy wygrałem. Gotowy? - ułożył rękę na stole rozstawiając palce. Szybko zaczął uderzać nożem między palcami o stół i tym samym wygrał zakład. - Tak to jest, jak się próbuje kantować kanciarza. - uśmiechnął się zadowolony zabierając swoją nagrodę, jaką był medalik. - Bardzo dziękuję. - wyciągnął w stronę Aiello rękę.
- Mama mówiła, żeby nie podawać ręki Żydom. - prychnął.
Zussman z początku wydawał się być lekko zasmucony tym, co powiedział, jednak szybko powrócił do poprzedniego wyrazu twarzy.
- Wczoraj w nocy śpiewała inaczej. - odparł z przekąsem.
- A tam, na co komu głupi wisiorek. - w końcu uścisnął jego dłoń.
- Tobie się przydawał. - pomachał mu nim przed nosem.
- Znajdę sobie coś lepszego. Prawdziwe trofeum. - wstał gwałtownie przewracając krzesło i wyszedł pomieszczenia.
- Ej! O 18 odprawa, spóźnimy się! - wykrzyczał nagle Stiles i wybiegł.
Spokojnie wstałem i wyszedłem z Zussmanem z pomieszczenia.
- Ja nas obronię Daniels, spokojna głowa. - poklepał mnie po ramieniu ściskając w dłoni medalik.
Nagle wpadliśmy na dowódcę, Piersona.
- Odprawa zaraz się zacznie, co wy odpierdalacie?! - fuknął na nas. - Myślisz, że jesteś wyjątkowy? - spojrzał na mnie wściekły. - Szkopy zeżrą cię na śniadanie! - krzyknął mi prosto w twarz.
- Nie ma mowy sierżancie, jesteśmy ciężkostrawni. - odparłem chowając dłonie za plecy.
- Uważaj na słowa, Daniels. Za mną. - cały czas mówił podniesionym tonem, odszedł.
- Więc co by się nie dało, trzymaj się blisko. Damy radę David. - razem z nim przybiliśmy piątkę i poszliśmy za sierżantem.
* * * * *
- Dziś, wespół z naszymi sojusznikami, wyruszamy na operację o niezrównanym znaczeniu. Naszym celem jest zdobycie przyczółka w Normandii i odparcie niemieckiej agresji, która terroryzowała Europę przez ostatnie 4 lata. Tylko my stoimy na drodze ciemności pochłaniającej świat. Tu nie chodzi tylko o zbieranie laurów za życia. Jeżeli zwyciężymy, to nasz triumf zostanie zapamiętany przez cały świat na niezliczone pokolenia. Mówię tu o chwale, żołnierze. Wiecznej chwale. - mówił pułkownik Davis.
Chwilę potem ze statku, po drabinie z lin zeszliśmy do mniejszego statku, który mieścił około 20 żołnierzy plus dwóch przy działach. Nad nami leciały pierwsze myśliwce, obyśmy już teraz nie stracili wielu ludzi...
- Bombardowania miały zniszczyć trzon obrony, prawda...? - zapytał Zussman.
- Boisz się szeregowy? - znów wykrzyczał Pierson.
- Nie, sir. - odparł.
- A powinieneś... - znów spojrzał przed siebie.
Na oceanie były ogromne fale, do tego było strasznie pochmurno. Nagle ktoś strzelił w naszą stronę, pierwszy żołnierz padł.
- Wszyscy padnij! - krzyknął Turner, drugi sierżant.
Wszyscy niemal położyli się na podłodze, pociski cały czas leciały w naszą stronę, mimo starań, większa część naszej łodzi zginęło... musieliśmy szybko wskoczyć do wody i przedostać się do plaży wpław. Pod ciągłym atakiem musieliśmy dotrzeć do okopów. Oczywiście przed tym udało mi się wypełnić zadanie, czyli wysadzić wał. Później była strzelanina w okopach, było krwawo a co dopiero dalej...

Lara?

wtorek, 15 maja 2018

David Daniels


20 lat | Włochy | Chłopak miły, solidarny. Lubi pomagać, nawet, gdy druga osoba o to nie prosi. Ciężko mu patrzeć na cierpienie innych, niestety to są realia wojny. Kiedyś bał się strzelać z broni, teraz musi robić to bez zawahania. Jest bardzo czuły i troskliwy, jak każdy człowiek potrzebuje, aby ktoś go kochał, komuś na niemu zleżało oraz po prostu ciepła drugiej osoby.

Lara Rösener

18 lat | Niemka |  
Córka niemieckiego oficera |  Marzycielka,  która wiecznie chodziła z głową w chmurach. Niestety - wojna zdecydowanie sprowadziła ją na ziemię. Najważniejsza osoba w jej życiu - tata, musiał wyruszyć na front i jak dotąd wszelki słuch po nim zaginął. Ona pozostała całkiem sama i jako najstarsza zostawiła szkołę, aby pójść do pracy i zaopiekować się młodszym rodzeństwem. Mimo to - nadal pozostała tą wiecznie uśmiechnięta optymistką, która szuka prawdziwej miłości na tym świecie, chociaż nigdy nie przyznaje się do tego głośno i nie mówi wcale o swoich uczuciach. Należy do osób, z którymi można konie kraść i której można powierzyć najgłębsze sekrety. |

Obserwatorzy

Szablon wykonany przez Evelyn - Bajkowe Szablony