Obudziłam się jeszcze przed porannym koncertem ptaków. Słońce nawet nie zdążyło wzejść nad horyzont. Zaraz po przebudzeniu wzięłam szybki, zimny prysznic, zostawiając ciepłą wodę dla rodzeństwa. Spięłam mokre włosy w niedbały kok i poszłam do kuchni zrobić śniadanie.
Dopóki tata nie wyjechał na wojnę - żyliśmy w luksusach. W końcu pensja niemieckiego oficera to nie byle co. Kiedy jednak otrzymał rozkaz walki na froncie - czar prysł, a piękna bajka zakończyła się i to wcale nie happy endem. Przez pierwsze miesiące przesyłał nam pieniądze, które pozwalały na życie w odpowiednim standardzie. Nic się nie zmieniło, tylko tak jakoś bardziej pusto było w sercu. Po pewnym czasie przestały jednak dochodzić listy, które pisał co tydzień. W kopercie była również odpowiednia suma. Za każdym razem przychodziły one w niedzielę po południu. Pewnego dnia listonosz jednak się nie pojawił i już wiedzieliśmy, że coś musiało się stać. Nikt jednak nie potrafił odpowiedzieć na moje pytania, a wszelki słuch po ojcu zaginął. Prawdę powiedziawszy; do teraz żyję nadzieją, że być może nic mu nie jest, tylko musiał na pewien czas zniknąć i kiedy cały ten wojenny koszmar się skończy, wróci do domu cały i zdrowy. Zostaliśmy zupełnie na lodzie. Bez środków do życia i jakiegokolwiek wsparcia. Cała rodzina odwróciła się od nas plecami przez błędy przeszłości i fakt, że tata zdążył praktycznie każdemu zaleźć za skórę. Nie należał do łatwych osób, z którymi można było bez problemu nawiązać kontakt. Zawsze był szczery do bólu, a poza tym uwielbiał się awanturować. Za każdym razem znalazł się jakiś pretekst do kłótni. Bez jakichkolwiek zahamowań mówił, co myśli o innych, przez co nie miał zbyt wielu przyjaciół. A właściwie nie miał żadnych. Aż dziwne, że znalazł sobie żonę. Idealnie nadawał się do wojska - zdyscypilowany samiec alfa, to cały on. Nigdy jednak nie przenosił pracy do domu. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek mówił o swoich osiągnięciach w wojsku, mimo iż były one naprawdę imponujące. Za wszelką cenę chciał nas od tego uchronić. Zupełnie tego nie rozumiałam. Przecież to tylko polityka.
Po chwili na talerzu był już ułożony stos kanapek z serem, szynką i warzywami. Nie pozwalałam rodzeństwu samemu rządzić się w kuchni, gdyż za każdym razem kończyło się to katastrofą. Przygryzając kanapkę, sprzątałam mieszkanie. Karl był strasznym bałaganiarzem i mimo moich próśb zawsze pozostawiał po sobie straszny burdel. Ruth i Sarah miały niespełna trzy latka, więc wszystkie obowiązki spadły na mnie. Zanim wyszłam do pracy, wypiłam jeszcze szklankę zielonej herbaty. Dzisiaj wyjątkowo zaczynałam pracę z rana, gdyż Karl nie szedł do szkoły i mógł zaopiekować się bliźniaczkami.
Zajmowałam się starszymi osobami. Sprzątałam ich mieszkania, chodziłam na zakupy, robiłam posiłki, zabierałam na spacery i spędzałam z nimi czas. Uwielbiałam swoją pracę. I nawet nie miały znaczenia zarobki. Teoretycznie nie płacili mi wcale mało, ale w praktyce pieniędzy nie wystarczało, aby utrzymać całą rodzinę. Najgorszy był czynsz za mieszkanie, a przeprowadzka nawet nie wchodziła w grę. Zbyt dużo z tym pracy i czasu, którego nie mam.
Dzisiaj chciałam zacząć wcześniej, aby po południu zabrać rodzeństwo na plażę. Chociaż tyle rozrywki mogłam im zapewnić. Na początku odwiedziłam panią Lorenz. Była ona rannym ptaszkiem, więc z pewnością nie zakłócę jej odpoczynku. Nie myliłam się. Siedemdziesięciolatka właśnie karmiła swoje kanarki.
- Dzień doby. - przywitałam się z uśmiechem na ustach.
- Witaj, Laro. Co dzisiaj tak wcześnie?
- Chcę wrócić prędzej do domu i poświęcić czas rodzeństwu.
- To bardzo pięknie z twojej strony. Musisz kiedyś ich do mnie przeprowadzić.
- Na pewno bardzo się ucieszą. - uśmiechnęłam się, zabierając za sprzątanie.
Dalej poszłam do pana Hoffmeyera, który jeździ na wózku. W czasie II Wojny Światowej stracił obydwie nogi. U niego zwykle spędzałam najwięcej czasu, gdyż uwielbiałam słuchać jego wojennych opowieści.
Później był pan Bittrich. Cóż, tutaj z kolei spędzałam najmniej czasu. Był to stary zbereźnik, który zatrudnił mnie chyba tylko po to, żeby móc popatrzeć sobie na mój zgrabny tyłek. Niby przypadkowe obmacywanie i sprośne komenatrze w moją stronę jestem jeszcze w stanie znieść. Poza tym płaci najwięcej ze wszystkich, a pieniądze dla mnie są na wagę złota. Ale kiedy przekroczy dozwoloną granicę, która i tak została porządnie przesunięta, wtedy rzucę tę robotę w cholerę. Przecież mu dupy nie dam.
Następna była pani von Gottberg, która do dzisiaj nie potrafi poradzić sobie ze śmiercią męża. Johannes, jej mąż, zmarł na nowotwór żołądka jedenaście lat temu. A mimo to codziennie chodzę z tą panią na cmentarz, aby mogła położyć na grobie świeże kwiaty, zapalić znicz i porozmawiać ze swoim ukochanym. Chciałabym kiedyś znaleźć taką miłość, której nawet śmierć nie złamie.
Później willa pana Wagnera. Był to człowiek owiany tajemnicą. Posiadał niesamowity rodowód, sięgający nawet kilkunastu pokoleń. A mimo to był samotny. Raz odważyłam się spytać, gdzie jest jego rodzina. Szybko jednak tego pożałowałam. Odpowiedział bowiem coś, od czego zmroziła mi się krew w żyłach. Oni są tutaj, nie widzisz ich? Rzeczywiście, w tym domu dzieją się dziwne rzeczy. Przedmioty przewracają się same z siebie, a kiedy schodzi się do piwnicy, słychać dziwne jęczenie. A ja panicznie boję się duchów i nie mam bladego pojęcia, ile jeszcze wytrzymam w tym domu. Już nawet wolę te klepanie po tyłku pana Bittricha.
Była to ostatnia osoba na liście. Po drodze zrobiłam jeszcze zakupy. W koszyku znalazły się tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Karl chciał nowe korki, więc musiałam oszczędzać. Czasem miałam ochotę udusić swojego brata. Nie pogodził się z tym, że jesteśmy teraz biedni i nie mogę spełniać każdej jego zachcianki. Na buty się zgodziłam, ponieważ wiem, jak ważna jest dla niego piłka nożna.
Ledwie zdążyłam wejść do mieszkania, a już przywitały mnie siostry. Wzięłam je obie na ręce, całując w czółko.
- A gdzie Karl?
- Posedł z kolegami grac w pilke. - mała jeszcze trochę sepleniła, co było bardzo urocze.
- Ja go chyba zabiję. Czy on musi być takim dupkiem? - warknęłam poirytowana.
- Kto to dupek? - spytała zaciekawiona siostra. Zawsze zapominałam, żeby przy dzieciach nie przeklinać.
- To osoba, która myśli jedynie o sobie. - powiedziałam zakłopotana. - Pójdziemy go poszukać, dobrze? Tylko najpierw się spakujemy, mam dla was niespodziankę.
Dziewczynki pokiwały ochoczo głową, uśmiechając się od ucha do ucha. W tym momencie miałam stuprocentową pewność, że zrobiłabym wszystko, byleby tylko widzieć ten uśmiech na ich pyzatych twarzach.
Chyba zdażyłyśmy odwiedzić każde boisko w tym mieście. Nigdzie go nie było. Jak tylko go znajdę, rozszarpię na strzępy, przysięgam.
- To idziemy na tę plazę? - spytała zniecierpliwiona Sarah.
- Najpierw musimy znaleźć Karla.
- Po co? Chocmy bez niego.
Zaśmiałam się pod nosem. Był to naprawdę genialny pomysł. Cóż, mógł nie szlajać się po mieście, jego strata. Zabrałam więc siostry i poszłyśmy nad morze. Okazało się jednak, że na plaży było zupełnie pusto. Tylko sami mężczyźni w wojskowych mundurach.
- A panienka dokąd? - drogę zagrodził mi wysoki żołnierz o zabójczych, błękitnych oczach.
- Na plażę. - odparłam lekko zmieszana.
- Pani życie nie miłe, czy jak? Cała plaża została ewakuowana. Proszę się stąd szybko zabierać, jeśli Pani nie chce, żeby coś stało się dzieciom.
- Ale jak to?
Spojrzał na mnie jak na jakąś wariatkę.
- Wojna jest. Amerykanie postanowili wziąć odwet i nas zaatakować.
Oczywiście, że wiedziałam o wojnie. Nie myślałam jednak, że dojdzie ona do naszego małego miasteczka. Wzięłam Ruth na ręce, a Sarah człapała zaraz za mną. Powinnam iść szukać Karla, ale nie mogę zostawić dziewczynek. Jasna cholera! Zupełnie nie wiedziałam, co mam zrobić.
- Dokąd idziemy?
- Widzisz ten hotel? - wskazałam budynek na przeciwko. - Tam się schowamy.
- Dlacego nie w domu?
- Jest za daleko. Mogą w każdej chwili zacząć bombardować z nieba.
Szybko przedostałyśmy się do budynku. Wewnątrz nie było ani jednej żywej duszy. Musimy zejść jak najniżej. Być może dzięki temu uda nam się uniknąć rakiet pędzących z nieba. Ale co z tego, skoro może i tak zawalić się na nas budynek? Czułam się jakbym znalazła się między Sycylią a Charybdą. Koniec końców zeszłyśmy jednak do piwnicy. Kiedy znalazłyśmy się na dole, wszelkie odgłosy strzałów ucichły. Jakbyśmy znalazły się w schronie. Mimo to dziewczynki głośno płakały, śmiertelnie przerażone. Ja natomiast nie odczuwałam strachu, tylko determinację. Żeby nie dać się zabić i przeżyć. Starałam się uspokoić siostry, ale one dalej wrzeszczały w niebogłosy. Boże, jeszcze nas ktoś usłyszy. - pomyślałam zatrwożona. I chyba wywołałam wilka z lasu, gdyż już po chwili drzwi szeroko się otworzyły, a do piwnicy weszli dwaj mężczyźni w nieznanych mi mundurach. Jeden był ranny, a ten drugi mu pomagał. Schowałam siostry za plecami, uważnie mierząc ich wzrokiem. Chyba byli równie zaskoczeni tym spotkaniem, co ja.
David?

